Frontyspis: św. Stanisław Kostka przyjmuje Komunię z rąk anioła
frontyspis, miedzioryt 1609

Święci i Błogosławieni · patron polskiej młodzieży

św. Stanisław Kostka

1550–1568 · wspomnienie 18 września

„Do wyższych rzeczy zostałem stworzony"

Zmarł w Rzymie, mając osiemnaście lat. Do zakonu szedł wbrew ojcu, pieszo, przez pół Europy. „Do wyższych rzeczy zostałem stworzony" — to zdanie zna każdy członek KSM, bo stoi w Zasadach Ogólnych Stowarzyszenia.

Obejrzyj prezentację — osiem scen → Pięć spotkań dla oddziału → Dziesięć pytań → Skrzynka intencji →

1609rok wydania żywotu
63sfotografowanych kart
57stron druku
18lat życia
przekład polski, strona po stronie oryginału

Żywot błogosławionego Stanisława Kostki

Przekład polski, w porządku stron oryginału. Znacznik na marginesie prowadzi do fotografii strony, z której pochodzi dany ustęp.

Karty wstępneKarta tytułowa, frontyspis i list dedykacyjny do królewicza Władysława, syna Zygmunta III.

karta tytułowa

ŻYWOT BŁ. STANISŁAWA KOSTKI POLAKA Z TOWARZYSTWA JEZUSOWEGO, którego autorem jest Franciszek Sacchini, kapłan tegoż Towarzystwa. Za łaską i przywilejem Majestatu Cesarskiego. W Ingolstadcie, z drukarni Adama Sartoriusa. Roku 1609. ‹Wpis rękopiśmienny: „Księga Towarzystwa Jezusowego […] 1610”›

frontyspis (miedzioryt)

[Rycina:] BŁOGOSŁAWIONY STANISŁAW KOSTKA POLAK Z TOWARZYSTWA JEZUSOWEGO. Z rąk Aniołów, w obecności św. Barbary, przyjmuje Najświętszą Eucharystię.

dedykacja, s. [A2]

Najjaśniejszemu Księciu, Panu Władysławowi, synowi Zygmunta III, króla Polski i Szwecji, Franciszek Sacchini z Towarzystwa Jezusowego — pomyślności. Wśród znamienitych ozdób, najdostojniejszy Władysławie, które przesławne królestwo Twego Najjaśniejszego Rodzica przeznaczają wieczności chwały, słusznie policzyć trzeba bł. Stanisława Kostkę, którego poczęto czcić publiczną czcią. Wraca bowiem do was chwała waszego rodaka; wam też zawdzięcza świat chrześcijański tę nową gwiazdę, która nie tylko pod waszym panowaniem, ale i waszym staraniem — gdy niemal kryła się w ukryciu — wzeszła i szeroko poczęła napełniać ziemie zbawiennym światłem. Wy jej kult umacniacie pobożnością prywatną, szerzycie powagą publiczną, rozjaśniacie królewskimi dostatkami. Szczęśliwi, którym dane jest aż tak dalece zasłużyć sobie na…

dedykacja, ciąg dalszy (verso)

…mieszkańców nieba. Wierzcie: nie da się prześcignąć w przysługach ten, który w królestwie miłości jest błogosławiony i możny. Należało więc żywot błogosławionego młodzieńca — spisany może z mniejszą ozdobą, niż wymagałby blask jego najczystszej niewinności, lecz z największą wiernością, jakiej żąda historia — oddać wam, do których on należy; bym już pominął nieśmiertelne wasze zasługi wobec nas i osobliwą pobożność, która cały nasz zakon za swój uważa. Tobie zaś, Najjaśniejszy Książę, należało się to szczególnie, aby wasza Sarmacja ujrzała złączone swoje nadzieje, swoje gwiazdy, swoje wesela. Nie ma bowiem dziś nic radośniejszego w świętości dojrzałej, ani nic milszego w cnocie dorastającej, niż bł. Stanisław i Ty: tamten to jej obrona w niebie, Ty — pomoc przed oczyma. Niemal ten sam kwiat wieku, bliźniacze podobieństwo obyczajów, i poniekąd wspólne narodziny: w tym samym bowiem czasie imię Stanisława zaczęło jaśnieć, gdy Ty na świat przyszedłeś — tak iż niemal z Bożego zrządzenia jemu, zda się, zlecono opiekę nad Tobą, Tobie zaś zastrzeżono troskę o jego uczczenie. Ścierp więc i tę, jaka by nie była, wymianę ku publicznej wiadomości. Pozwól, by Twoje przesławne imię wpleciono w pochwały błogosławionego Twego rodaka i by im służyło; a którego rad masz Patronem, przyjmij go też jako klienta.

ŻywotWłaściwy tekst Sacchiniego, od pierwszej strony druku.

s. 1

ŻYWOT BŁ. STANISŁAWA KOSTKI Z TOWARZYSTWA JEZUSOWEGO. Przedziwny zaiste jest Bóg w świętych swoich, a nade wszystko przedziwna Jego łaska, przez którą z surowej i skażonej masy rodu Adamowego kształtuje ludzi niemal boskich, na podobieństwo umiłowanego Syna swego. Moc i potęga tej łaski ukazuje się wtedy, gdy nagle odmienia wole zastarzałych w zbrodni i z wielce niegodziwych czyni znakomitych świętych; ale jaśnieje w niej też pewna słodycz i przedziwna miłość tam, gdzie niektórych od pierwszego dzieciństwa tak uprzedza i odłącza dla nieba, tak — niby Piastunka i wychowawca — kształci, formuje i prowadzi, że łatwo w nich rozpoznasz Boże nasienie i Boże nauczanie. Widzisz bowiem młodzieńców, ba, chłopców szlachetnych, w dostatku rozkoszy i wszystkiego, czym…

s. 2

…zwykły ogół śmiertelnych, a przed innymi wiek młody się powoduje, obdarzonych innym niż powszechny smakiem i zmysłem: żadne im rozkosze nie smakują, jeno niebieskie; nic ich nie wzrusza, jeno widok dóbr Bożych. W pielęgnowaniu pobożności, w świątobliwości i wstydliwości, w każdym rodzaju cnót, w niebie wreszcie mają swoje miłości i swoje uciechy. I choć pośród wielkiej swobody i łatwości grzeszenia, pozbawieni przewodnictwa śmiertelnego mistrza, dusze ich proste i niepokalane zachowują się jakby bielsze od samego śniegu, czystsze od mleka — jak gdyby nie ludźmi byli, lecz aniołami zstąpiłymi z błogosławionej Jerozolimy, którzy idąc przez błoto i ogień, żadną szpetniejszą nie kalają się zmazą, ani nawet swądem ognia nie są owiani. Z tego rodzaju — ludzi niebieskich czy aniołów śmiertelnych? — był błogosławiony Stanisław Kostka, jak się okaże z jego żywota, który piszemy. Narodził się ten błogosławiony młodzieniec roku tysiąc pięćset pięćdziesiątego na Mazowszu, w prowincji Królestwa Polskiego, w Kostkowie, majętności ojcowskiej. Zwyczajnie bowiem szlachta polska (jak na północy jest w obyczaju) pędzi życie nie po miastach, lecz w swoich wsiach i miasteczkach. Rodziców miał Jana Kostkę i Małgorzatę Kryską, oboje z prastarego…

s. 3

…rodu, senatorskiego i możnego. Nadto wspomina się inną, prawdziwszą ozdobę ojcowskiego domu: choć błędy [innowiercze] po Polsce tak szeroko się rozlały, szlachetny ród Kostków — jak niesie podanie — nigdy nie był splamiony zakałą herezji. Stanisław do trzynastego roku życia mieszkał w domu ojcowskim; potem około czterech lat w Wiedniu w Austrii, niespełna rok w Towarzystwie. Gdy więc wchodził w rok dziewiętnasty, w najpełniejszym rozkwicie młodości — sam kwiat najsłodszy urodą, wdziękiem i wonią ludzkich i Bożych ozdób — zerwany został z cierni śmiertelności, aby go wpleciono w nieśmiertelny wieniec niebieskiego Oblubieńca. Był wzrostu średniego i kształtnego, godność mieszała się w nim z wdziękiem; twarz i oblicze anielskie, cera niemal śnieżna, na policzkach dziewiczym zroszona rumieńcem, włos umiarkowanie z ciemnego złotawy; owal twarzy raczej okrągły, oczy jasne, lecz od obfitości świętej słodyczy, którą serce ustawicznie topniało, czasem wilgotne i łzawiące. Ci, którzy znali go z widzenia, powiadają, że wizerunek malowany, który krąży między ludźmi i który wystawiono w Rzymie w kościele św. Andrzeja przy Domu Probacji Towarzystwa Jezusowego — gdzie spoczywają jego błogosławione kości — niewiele odbiega od prawdziwego. Takie to ozdobne mieszkanie zbudował niebieski Budowniczy owej nieskazitelnej…

s. 4

…i najznakomitszej duszy. Tok życia spędzonego w domu ojcowskim nie jest dokładnie znany. To jednak pewne i poświadczone, że stronił od wszelkiej swawoli, ba, nawet od chłopięcej lekkomyślności; że nietknięty zachował klejnot dziewictwa i że szaty otrzymanej w świętym źródle powtórnych narodzin nigdy nie splamił ciężką winą. Od czasu, gdy przybył do Wiednia, pamięć jest wyraźniejsza. Skoro bowiem sława Kolegium, które w tym mieście cesarz Ferdynand ufundował Towarzystwu Jezusowemu, rozchodziła się daleko i szeroko po północy, dotarła i do Polski, i skłoniła bardzo wielu z pierwszej szlachty, zwłaszcza katolików, aby swych synów posyłali do Wiednia, gdzie mieli razem przyswajać nauki wyzwolone i szczerą pobożność. Czynili to tym chętniej, że rzadcy byli podówczas nauczyciele nauki zgoła nieskażonej — i na ten brak, gdy jeszcze nie wprowadzono żadnych kolegiów Towarzystwa, cała Polska ciężko chorowała. W Wiedniu zaś oprócz gimnazjum Towarzystwa istniał także konwikt szlachetnej młodzieży, i on sławny, wielce pomocny młodzieńcom ku obyczajom i nauce. Z tej przyczyny, jak wielu szlachetnych Polaków, Jan Kostka posłał dwóch swoich synów…

s. 5

…Pawła i Stanisława, aby ich wykształcono w dobrych naukach i obyczajach; przyjęto ich zaraz między konwiktorów. Niedługo wszakże mogli korzystać z owego zacnego konwiktu. Albowiem w roku tysiąc pięćset sześćdziesiątym piątym, w marcu, gdy cesarz Maksymilian zażądał zwrotu gmachu, który Ferdynand na ten cel tymczasowo odstąpił, konwikt ów rozwiązano. Konwiktorzy rozproszeni, zmuszeni byli przenieść się na kwatery do mieszczan prywatnych, przeważnie heretyków. Tak wtedy działy się rzeczy w Wiedniu bez ładu. I braciom Kostkom nie przypadł los lepszy. Wprawdzie Stanisław pozostawał pod władzą starszego; a gdyby mu wolno było urządzić życie wedle własnej woli, najpierw schroniłby się za klasztorną klauzurę, w ostateczności — gdziekolwiek bądź, byle nie do człowieka heretyka. Lecz życie jego i brata bardziej było podobne w dalszym biegu i końcu niż w początkach. Paweł bowiem, choć w pierwszych latach niewiele zadawał sobie trudu w służbie Bożej, gdy dojrzał wiekiem, na tak odmienną wszedł drogę, że umierając i on zostawił wielką sławę świątobliwości. Szukając małżonki równej sobie rodem i innymi ozdobami, kilka partii nadaremnie próbował, aż począł rozważać w sobie, że nie jest po myśli Bogu, by się wiązał takim stanem życia…

s. 6

…i że przeto należy zwrócić starania gdzie indziej: owszem, samemu Bogu służyć duchem i ciałem zgoła wyzwolonym z ziemskich więzów. Ta zbawienna myśl stała się dlań początkiem nowego życia. Odtąd hojniej począł oddawać się modlitwom, częściej przystępować do Bożych tajemnic i gorliwiej pełnić pozostałe uczynki pobożności. Wtedy, zwabiony smakiem cnoty — która doświadczającemu jest o wiele słodsza niż rozmyślającemu — i umocniony łaską Bożą, która przez dobre czyny się pomnaża, postanowił, oddawszy majętność swą Chrystusu Panu, wieść życie ubogie i pokorne. I tak w Przasnyszu, gdzie przebywał, wyznaczył ojcom franciszkanom (których w Polsce zowią bernardynami) pewną sumę na wystawienie kościoła i klasztoru. Kościołowi parafialnemu tegoż miasteczka powiększył roczny dochód, zbudował w nim kaplicę, a w kaplicy położył sobie grób z takim napisem: „Nie wstydzę się Ewangelii”. Dawał przez to znać, że życie ubogie, choć w oczach świata bez sławy, obrał dobrowolnie, bo pochodził ze szkoły nie świata, lecz Chrystusa; i że nie za wstyd to sobie poczytuje, ale za blask, co niebieski Mistrz słowem i czynem ukazał jako godne pożądania i chwalebne. Wreszcie wystawił w tymże miasteczku obszerny dom połączony ze szpitalem [przytułkiem], z zamysłem osadzenia…

s. 7

…tam Towarzystwa. Gdy tego nie zdołał uzyskać, dom ów darował ubogim i szpitalowi, a w części jego sam, ubogi dla Chrystusa i współmieszkaniec ubogich, pędził życie w ustawicznych postach, modlitwach i innych dziełach pobożności, dając przesławny wzór wszystkich cnót, a zwłaszcza pokory. Pragnął najgoręcej — by całopalenie uczynić zupełnym — samego siebie także oddać zupełnie Towarzystwu, które ze czcią wszędzie, z zaszczytnym przydomkiem, „świętym” nazywał. I chociaż wiele stało na przeszkodzie przyjęciu, przede wszystkim wiek już poważny i zrujnowane zdrowie, jednak po długim, nieustannie ponawianym naleganiu Klaudiusz Akwawiwa, przełożony generalny, uznawszy, że coś należy się i samemu człowiekowi, i świętej pamięci Stanisława, przyjął go. Uradowany tą nowiną Paweł, gdy — z sercem już całkiem ku Krzyżowi zwróconym — zajęty był tym, by dobra darowane kościołom wywikłać z powstałych sporów, zamierzając zaraz ulecieć do domu Pańskiego, w Piotrkowie, na sądach królestwa zwanych trybunalskimi, śmiertelną złożony chorobą, odszedł po nagrodę dobrych czynów i pragnień. Na obejrzenie ciała zbiegła się na wyścigi cała szlachta; powiadano potem, jakoby tchnęło ono jakąś świętością…

s. 8

…i że jego widok budził we wszystkich żywe poruszenia pobożności. Nie było od rzeczy opowiedzieć to o Pawle, gdyż tak wielkie nawrócenie człowieka słusznie przypisuje się Stanisławowi: on to wyjednał bratu łaskę z nieba, jaką święci zwykli odpłacać tym, którzy im wypracowali szlachetną koronę cierpliwości. Jak bowiem wspomniałem, w czasie gdy przybyli do Wiednia, wspólny był ich ród i niedługi przedział wieku, lecz — co się często zdarza — obyczaje jak najdalej rozdzielone. Paweł, choć daleki od występków, folgował przecież wesołości kwitnącego wieku: lubował się w wytworności szat, w stole obfitym i wykwintnym, w życiu swobodniejszym, w zabawach młodości; mało zważał na Boga, wiele na równych sobie. Wszystko przeciwne miłował Stanisław: samotność, post, skromność we wszystkim, czujna straż zmysłów, długa modlitwa; poufałych przyjaciół żadnych albo najwypróbowańsi; nic nie było mu ważniejsze nad rachunek własnego sumienia. Tym dziwniejsze to w młodszym bracie, że — choć wszelkie przykłady mają moc psucia, a domowe najbardziej — on jednak nigdy nie zwolnił ducha ze swej surowości, chociaż brat i wabił, i napierał, i niemal przymuszał. Stąd zaś…

s. 9

…gdy tak wielka różność życia obu rozdzielała, a Paweł — jako starszy wiekiem — za słuszne uważał panować nad młodszym bratem, nadto (jako ten, który jeszcze nie zakosztował duchem Boga i niebieskich radości) sam widok skromności Stanisława czynił go bardziej cierpkim, i znieść nie mógł prawego życia brata, którego nie umiał nagiąć do wzoru swojego — bo ustawiczny niejako oskarżyciel stał mu przed oczyma — łatwo pojąć, jak mocna musiała być cnota Stanisława, jak wyćwiczona jego cierpliwość i łagodność. Często rozpalony Paweł, porwany popędem nierozważnego wieku, niewinnego brata — z tej jedynie przyczyny, że do jego obyczajów stosować się nie chciał — nie tylko słowami i obelgami, ale i razami źle traktował. Ten rodzaj jakiegoś domowego męczeństwa dopuszczał na najdroższego sobie młodzieniaszka przedziwnym zamysłem Bóg, który ma niezliczone sposoby i drogi — jakich śmiertelni najmniej się domyślają — ku wypróbowaniu i wydoskonaleniu cnoty swoich świętych i ku pomnożeniu ich koron. Stąd więc obfity plon zasług nastręczał się Stanisławowi, który o to ustawicznie dbał, by Bogu jak najbardziej się podobać, bratu jak najmniej się narazić. Szanować człowieka…

s. 10

…spokojnie ulegać mu w porę, we wszystkim ochoczo mu usługiwać. Rzekłbyś: sługa — tyle że jak miłością przewyższał braci, tak gorliwością wyprzedzał sługi; przedziwnie łącząc miłość z posłuszeństwem: to dobrowolne i szczere, tamta dzielna i skuteczna. Nigdy w żaden sposób się nie skarżył, nie okazywał pamięci krzywd, ba, nawet ich odczucia. Używał pomysłowości i przemyślności do ukrywania dobrych uczynków: raz pościł jawnie, to znów, by czynić to samo potajemnie, roztropnie obmyślał powody wstrzymania się od wspólnego stołu. Dla modlitwy do Boga i długiego obcowania ze Świętymi chronił się za dnia w ustronne kąty domu; nocą zaś, gdy już sen zmorzył wszystkich, wstawał cicho z łóżeczka i klęcząc na ziemi, w owej głębokiej ciszy wszechrzeczy, wśród sprzyjających ciemności, oddawał się Bożym głosom i promieniom. Gdy było można, wymykał się do kościoła; a choć wzgląd na brata bardzo go hamował, nie mógł się jednak powstrzymać, by nie czynić tego często i długo: codziennie nie tylko na początku i na końcu lekcji szkolnych pozdrawiał najświętsze Ciało Chrystusa, ale bywał i na dwóch, trzech Mszach; w dni zaś świąteczne — na Mszy i nieszpornej psalmodii…

s. 11

…którą wówczas z towarzyszeniem muzyki i we wspaniałej oprawie odprawiano w kościele Kolegium, dla zachowania majestatu rzeczy świętych przeciw heretykom. W tych zaś świętych obrzędach uczestniczył z widoku godną oznaką pobożności: wsparty na kolanach, nieruchomy ciałem, z oczami przystojnie spuszczonymi, z rękami niemal złożonymi przed piersią — z takim natężeniem ducha i taką obfitością rozlewającej się weń Boskości, że nierzadko, oderwany od zmysłów, popadał w ekstazę, co było w Wiedniu powszechnie znane. Niezwykłą czcią pałał ku Rodzicielce Boga: dlatego w jego rękach nie ujrzałbyś nigdy nic prócz różańca albo pobożnych książeczek zawierających modlitwy lub pochwały Najświętszej Rodzicielki. Z pozostałego zaś grona Świętych czcił osobliwym nabożeństwem Barbarę, Dziewicę i zarazem najprzedniejszą Męczennicę. Bo i pamięć tej Świętej jest w całej północy najsławniejsza, i w Kolegium wiedeńskim istniała pod jej opieką sodalicja młodzieńców. I zaprawdę, młodzieńcowi tak w domu zaprawionemu w pobożności najlepiej przystawało patronat tej Dziewicy, której ojciec — by nie złamać wiary ślubowanej Bogu — stał się katem. Cały wreszcie utkwiony…

s. 12

…myślą w niebie Stanisław, nawet w ćwiczeniach szkolnych obierał pobożne tematy, a najczęściej pochwały Królowej niebios. Zauważono też, że choć z początku niezbyt wyróżniał się między współuczniami, wkrótce — gdy już przykładał się do retoryki — wszedł w poczet pierwszych, chociaż w ćwiczenia pobożności o wiele więcej wkładał pracy niż w studia nauk. Tak to pobożność zdatna jest do wszystkiego. O wiele częściej niż współuczniowie przystępował do Bożych tajemnic, i to z większym przygotowaniem: mając nazajutrz komunikować, wieczorem wstrzymywał się od wieczerzy, aby czystszy przystąpić do żywego chleba nieba od martwych pokarmów ziemi. Słowem — chłopiec wiekiem, mąż roztropnością (jak mówią wiedeńskie listy z tego czasu), drogi wszystkim, nikomu niemiły, był wielkim przykładem stałości i pobożności; a jak później inni zaświadczyli, miano go nawet za świętego. Skoro takie było życie Stanisława, dość jasno się okazywało, że taki charakter bynajmniej nie jest ze świata ani dla świata zrodzony. Wkrótce więc Duch Boży począł go wewnętrznym natchnieniem porywać ku rzeczom wzniosłym, pobudzać ku mężnym: aby do gruntu wyrzekł się rzeczy i nadziei śmiertelnych i, opuściwszy ojczyznę i krewnych, przeszedł do…

s. 13

…mocnego Boga i pod nożem — by tak rzec — zakonnej karności złożył siebie, Hostię żywą, w ofierze swemu Stwórcy. To natchnienie przyjmował on wprawdzie z największą ochotą, szeroko otwierając zanadrze serca; jednak — czy to z chłopięcej nieśmiałości, czy z innej jakiej obawy — przez sześć miesięcy wzbraniał się odsłonić je spowiednikowi. Co może i Bóg dopuścił, aby owa najniewinniejsza dusza miała potem jakiś powód do płaczu nad sobą i do wzgardzenia sobą, jakoby tak długo sprzeciwiała się Duchowi Świętemu; a szatan podstępnie to sprawił, spodziewając się jakiegoś zysku ze zwłoki. Wie bowiem niegodziwiec, że dopóki sumienie nasze zakryte jest przed duchowym Wodzem, przerywa się porządek Bożej opatrzności; i że z każdym z nas — nawet nie broniącym się prawidłowo — musi walczyć sam; gdy zaś ono odsłonięte, walka będzie z wieloma. Dlatego i to, co Bóg w naszych umysłach zasiewa, i to, co sam [dobry duch] dosiewa, ile może ukrywa, aby łatwiej dobre nasiona Boże zdusić, a swój śmiercionośny kąkol wyhodować. Lecz zamach spełzł tym razem na niczym. Gdy wreszcie łaska Boża go umocniła, Stanisław — znakomity zwycięzca samego siebie i niemego czarta — Janowi Mikołajowi Doniemu z naszego zakonu, mężowi roztropnemu i pobożnemu, u którego spowiadał się z grzechów, całą rzecz odsłonił, z wieloma…

s. 14

…łzami: i natychmiast zwycięzcy dana została manna ukryta. Albowiem — jak gdyby wieczny Imperator wręczał znak i zadatek przyjętej służby i chciał przyzwyczaić swego rekruta do podobnych czynów — tyle mu wlał niebiańskiej rozkoszy, że serce Stanisława nie starczało na jej ogarnięcie. Odtąd dniem i nocą nic w jego myśli i ustach prócz Boga i Towarzystwa Jezusowego. Sam nachodził ojców, przydawał nie tylko ustawiczne prośby, ale i łzy; wyprawiał w poselstwie innych, nawet legata papieskiego — jakby za rzecz sromotną poczytywał nie użyć tych wstawiennictw, którymi inni torują sobie drogę na dwory władców śmiertelnych, gdy chodziło o otwarcie przystępu do zażyłości z Władcą wiekuistym. Ale na próżno prośby i łzy, na próżno poselstwa. Prowincjał Austrii, Wawrzyniec Maggio, stał przy zdaniu: jeśli nie uzyska zgody rodziców, żadną miarą go nie przyjmie. Bo — pominąwszy, że w Towarzystwie prawie nie ma zwyczaju przyłączać sobie młodzieńców powierzonych jego wychowaniu bez wiedzy rodziców — niedawno właśnie zerwała się w Wiedniu niemała burza z powodu przyjętych nowicjuszów; a ci, którzy owej burzy dali siłę i moc, byli podówczas najmożniejsi. Nadto, gdy królestwo…

s. 15

…Polskie właśnie pomyślnie otwierało się naszym ludziom, a wielka w nim była potęga Jana, ojca Stanisława, i rodu Kostków, było jasne, że i Paweł w Wiedniu, i Jan w Polsce łatwo mogliby wszcząć tragedie, które by ogromną przeszkodę postawiły biegowi chwały Bożej. I Stanisław szczerze przyznawał, że doskonale zna wolę i usposobienie swoich: nie ma wątpliwości, że nie tylko odmówiliby zgody, gdyby ich proszono, lecz najzacieklej walczyliby przeciw, gdyby skądkolwiek rzecz zwietrzyli. To sprawiało, że choć prowincjał wielce cenił cnotę proszącego i podziwiał stałość, przez wzgląd na większe dobro uważał, że żadnym sposobem nie należy spełnić tak świętego ślubu. Niemało jest takich, którzy — gdy ich tchnienie Ducha Świętego niesie ku portowi zakonu — jeśli zajdzie jaka zwłoka, jakby o skałę rozbijają swą stałość. Lecz w Stanisławie, jak w rzece o zatamowanym biegu, pragnienie rosło bez miary: i aby się umocnić przeciw miotaniu diabła i jego sług, rzucił świętą kotwicę — to jest do zamiaru dodał ślub, którym zobowiązał się bez ochyby wstąpić do Towarzystwa. Tymczasem — z udręki, jak wierzyć wolno, domowej, nieznośnej ludzkiej cierpliwości — zapadł na chorobę bardzo ciężką; nie na śmierć wprawdzie, lecz aby…

s. 16

…jawnymi się stały dzieła Boże w nim. Nic bowiem w tej chorobie nie zdarzyło się znaczniejszego nad samego Stanisława. Tak towarzyska, tak łaskawa jest pobłażliwość Boża w przeciwnościach Jego przyjaciół. W niej najpierw pokonał groźne widziadła piekielnego potwora. Potem przedziwnym sposobem został obdarzony Najświętszą Eucharystią. Na koniec i zdrowie odzyskał z Bożej mocy. Na początku choroby diabeł — który sług Bożych, jeśli ich nie zdoła przewrócić, rad przynajmniej dręczy — ukazał się w jego izbie w postaci ohydnego psa. Z oczami iskrzącymi ogniem, z przeraźliwie rozwartą paszczą rzuca się ku łóżku leżącego i na owego Baranka Chrystusowego, jakby chciał go zdławić, dziko naciera. Chory z przytomnym duchem ucieka się do modlitwy i zwycięskich znaków Krzyża. Trzykroć potwór skoczył; trzykroć Stanisław Bożą bronią go odparł, zwyciężył, odegnał — aż wreszcie przestał go trapić i się ukazywać. Po odparciu trzykrotnego natarcia szatana — jak niegdyś Chrystusowi Panu, niezwyciężonemu Wodzowi, tak teraz zwycięskiemu żołnierzowi — przystąpili aniołowie i służyli. Gdy bowiem choroba się wzmagała, najbardziej trapiła duszę najpobożniejszego młodzieńca troska, że przyjdzie mu odejść z życia bez najdostojniejszego wiatyku: widział bowiem, że brat niezbyt dba o rzeczy Boże…

s. 17

…a wiedział, że gospodarz to zgoła heretyk. Pozbawiony więc pomocy ludzkich, zwraca się ku niebieskim. Był grudzień, a na kilka dni przed chorobą w żywocie świętej Barbary, który czytał, mając obchodzić jej święto, przypadkiem znalazł zapisane: iż tym, którzy się tej Dziewicy polecą, ona nie dopuści, by schodzili z życia bez ostatnich zasiłków Bożych tajemnic. Z tego miejsca ucieszony bardziej, niż gdyby znalazł skarb największy, chcąc i siebie uczynić uczestnikiem tak wielkiego dobrodziejstwa swej Patronki, przyłożył się do tego modlitwami oraz przyjęciem sakramentów pokuty i Eucharystii. To więc teraz pilnie w sobie rozważając, pełen niebiańskiej ufności, w tak wielkiej swej potrzebie i osamotnieniu prosi łaskawą Męczennicę, by pamiętała o nim: że nadeszła owa chwila, w której szczególnie potrzebuje jej pomocy i dobrodziejstwa. I oto (dar osobliwy, niewielu użyczony) w głębokiej nocy ukazuje się sama św. Barbara i dwaj aniołowie w jasnym świetle, niosący Najświętszą Hostię: a przystąpiwszy do łóżeczka złaknionego chorego, ze czcią mu ją podali. On zaś, uwielbiwszy najpierw z najgłębszą pokorą ducha, potem z równą radością przyjął Boga swego serca, Rodzica i Sędziego swego życia i zbawienia.

s. 18

Po tym pamiętnym zadatku życia wiecznego — aby otworzyło się miejsce nowym dobrodziejstwom — choroba wzmogła się tak dalece, że lekarze orzekli, iż o ratunku zgoła nie ma mowy. I już po niebieskim wiatyku żadnej nie miał Stanisław zwłoki w obraniu drogi ku niebu, gdy Najświętsza Dziewica, Matka Boża, niosąc na łonie maleńkiego Syna, stanęła przy nim obecna, pocieszając swego sługę i pokrzepiając; a by go obficiej napoić słodyczą, złożyła Dzieciątko Jezus na jego łóżeczku. Jakiż tu żar, jaka cześć, jaka słodycz napełniła nieskazitelne serce najmiłościwszego sługi, patrzącego na swe łóżko tak pięknie ukwiecone! Za dotknięciem Zbawienia pierzchła niemoc: choremu nie tylko przyniesiona została przedziwna pociecha ducha, ale i przywrócone zdrowie ciała. A Królowa nieba dopełniła miary łaskawości: odchodząc, wyraźnie napomniała, aby oddał się Towarzystwu. Łatwo stąd wnosić: ten, którego już przedtem palił taki żar poświęcenia się służbie Bożej, teraz, tylu nadto zobowiązany zadatkami i tym sposobem ozdrowiały — jak słuszną rzeczą sądził oddać życie najhojniejszemu Dawcy, od którego tylekroć je otrzymał; i ku Towarzystwu — skoro doszło polecenie Bogurodzicy — jak łapczywie się rwał, aby…

s. 19

…świeży jej rozkaz i dawny swój ślub wypełnić. Trwały jednak uszy prowincjała głuche i zgoła zamknięte: stąd, nie widząc rady, obracał umysł na wszystkie strony, czujny na każdą sposobność. Był podówczas w Wiedniu Franciszek Antonio, rodem Portugalczyk, kapłan znanej cnoty i nauki, świeżo przybyły z Italii, który z wielkim imieniem miewał kazania do Marii Austriaczki, małżonki cesarza Maksymiliana, oraz do Włochów i Hiszpanów w obu ich językach. Do niego Stanisław — by niczego nie zostawić niespróbowanym — pilnie się udaje i tak przemawia: „Dwa lata już, Ojcze, i więcej, jak dopraszam się Towarzystwa. Lecz prowincjał zgoła odrzuca taką mowę, jeśli mi rodzice nie dadzą pozwolenia. Niektórzy mi radzą, bym z Pawłem, moim bratem, mającym wkrótce wrócić do Polski, powrócił: rodzice bowiem, ujrzawszy mą stałość, może nie czyniliby zwłoki. Ale mnie usposobienia moich najlepiej znane. Próżno się spodziewać od nich tej zgody. Owszem — jeśli rzecz zwęszą, nie wątpię, że czeka mnie i więzienie, i okowy. I nie ich się lękam (co jest dobrocią Bożą) dla sprawy cnoty. Lecz do tego stanu życia jawnie Bożym…

s. 20

…jestem wołany natchnieniem. Tu chce mnie mieć Bóg. Na to ja dawno ślubem związałem wiarę. Cząstki spokoju zaznać nie może dusza, póki obietnicy nie spełnię. A śpieszyć się trzeba tym bardziej, że Paweł, mający lada dzień wrócić do ojczyzny, będzie usiłował i mnie odprowadzić. A tam żadnej bym nie miał możności wyzwolenia wiary i służenia Bogu. Poradź więc, przez Boga, Ojcze, i dopomóż. Postanowione mam bowiem — jeśli inaczej nie osądzisz — iść do innych prowincji i tak długo pielgrzymować, i trwać w kołataniu, aż gdzieś wreszcie drzwi się otworzą po mej myśli”. Franciszek Antonio, który i ze sławy, i już z własnego doświadczenia znał cnotę młodzieniaszka dojrzalszą nad wiek i zgoła widzieć się mu zdawało w nim dzieło prawicy Najwyższego, po wielu modlitwach do Boga odrzekł wreszcie: ma nadzieję, że jeśli pójdzie do Augsburga, do Kanizjusza, prowincjała Górnych Niemiec, albo ostatecznie do Rzymu, do Franciszka Borgiasza, przełożonego generalnego, przez jednego z nich będzie przyjęty. Żadnej bowiem nie będą się lękać zawiści, gdy przyjmą młodzieńca po tak długiej pielgrzymce, tak daleko od domu, ogołoconego ze wszystkiego. Nie masz prawie żadnego zamysłu znakomitych czynów, który by się nie zdawał bliski szaleństwa. Niektóre jednak — zwłaszcza podjęte za należytą radą…

s. 21

…Boga, przez samo bóstwo natchnione — usprawiedliwia wynik (skądinąd zły sędzia zamysłów), jak się stało z tą mową Franciszka Antonia, którą Stanisław przyjął i której doświadczył jak wyroczni. Pokrzepiony więc daną nadzieją, czyhał na sposobność ucieczki, którą wkrótce nastręczyła srogość brata. Gdy bowiem Paweł swoim zwyczajem bardzo źle obszedł się z niewinnym Stanisławem, ten — który przedtem z przedziwną cierpliwością radował się z materii do ćwiczenia cnoty — wtedy duchem wprawdzie spokojnym, lecz z pewnym pozorem oburzenia rzekł: „Zaprawdę, jeśli nie przestaniesz tak się ze mną obchodzić, staniesz się przyczyną, że ucieknę gdzieś daleko, a ty z mej sprawy zdasz liczbę rodzicom”. Gdy Paweł na to, tym bardziej wściekły, im mniej przywykły do słów tego rodzaju, wołał: idź, wynoś się — Stanisław w milczeniu przygotowuje lichą lnianą odzież i inne rzeczy sposobne do drogi na modłę ubogich, a wielką część nocy spędza na modlitwach. Nazajutrz wcześnie rano, nim Paweł wstał z łóżka, pyta go poważnie, czy pozwala mu odejść; a gdy ten znów ze złością go odpędził, złożywszy przystojniejszy ubiór, którego przedtem z musu używał, a wdziawszy przygotowany strój wiejskiego chłopca, śpiesznie idzie do Kolegium: słucha Mszy, umacnia się Boskim chlebem…

s. 22

…i wziąwszy od Franciszka Antonia listy do Kanizjusza i Borgiasza, wyrusza w drogę — z tym postanowieniem, i to umocnionym religią ślubu: nigdy nie wracać do domu, nie kłaść żadnego kresu pielgrzymowaniu i żebraniu tymczasem chleba, aż gdzieś wreszcie znajdzie przejście, choćby szczelinę, do tak upragnionego zakonu. Szedł, niesiony jakby na skrzydłach łaski Bożej, nowy Jakub, idący za Bogiem wołającym go z rodu i domu ojcowskiego. Kijek w ręku, lichy kapelusz na głowie, grube okrycie na ciele — a Bóg i Chrystus Jezus w sercu, i niewątpliwy orszak niebieskich patronów i własnych cnót. Wkrótce potem w Wiedniu, gdy nie pojawiał się w domu, a Pawła gryzło świadome winy sumienie — jakoby swą srogością przywiódł brata do jakiegoś rozpaczliwszego kroku — on sam, pedagog i ów, u którego mieszkali, biegną w trwodze do Kolegium i dopytują, co się stało ze Stanisławem. Nic stamtąd pewnego nie wynoszą. Lecz dzięki wskazówce węgierskiego młodzieńca i listom, które Stanisław sam w tej sprawie zostawił, poznawszy wreszcie ucieczkę, wynajętymi wozami pędzą w różne strony. Chodziła pogłoska, że udano się do wiedźmy i że ta wskazała, którędy szlachetny wygnaniec wyszedł i jaką drogą można go znaleźć. I ową drogą, którą wska-…

s. 23

…zała czarownica, gospodarz jeszcze tego wieczora popędził szybko wozem do miejsca, do którego chwalebną ucieczką sławny żołnierz Chrystusowy zboczył; a gdy już niemal miał go w rękach, konie spłoszone padły, tak że dalej postąpić nie mogły, a sam woźnica zdumiony wołał, że nigdy dotąd nic podobnego mu się nie zdarzyło: i tym jakby znakiem przerażony gospodarz zaniechał pościgu, zawróciwszy nagle tam, skąd przybył. O tym, że i do wiedźmy się udano, i że konie się przeraziły, roczne listy Kolegium wiedeńskiego — pisane na gorąco, w kalendy wrześniowe roku tysiąc pięćset sześćdziesiątego siódmego — donoszą Franciszkowi Generałowi i całemu Towarzystwu. A opowieść tę zamykają te słowa: „Co dalej będzie, Bóg wie. Ufamy jednak, że nie bez Bożego zrządzenia stało się, iż tak odszedł. Tak bowiem zawsze był stały, że zdaje się nie po chłopięcemu, lecz jakimś niebieskim natchnieniem poruszony”. Niektórzy dodają inną rzecz przedziwną: gdy ścigający tak już dopadli Stanisława, że łatwo — mimo zmienionego stroju — mogli go rozpoznać, a on ich doskonale poznał, jego jednak nie rozpoznano. Nadto, gdy raz do zboru heretyckiego…

s. 24

…wszedł — sądząc z pierwszego wejrzenia, że to kościół katolicki — i prosił o Boży posiłek; a poznawszy wnet rzecz, gorzko płakał, że tak piękna nadzieja mu się rozwiała: znowu, jak niegdyś w chorobie, chleb Aniołów podany mu został ręką Anioła. Wśród tych dobrodziejstw najłaskawszego Boga — nieskażonych dzięki zachowanym dawnym listom — i może innych, które ja, by nie podawać czegoś mniej pewnego, chętnie pomijam, dotarł wreszcie z długiej pielgrzymki cało do Kanizjusza. Gdy ów mąż mądry i święty, Apostoł Niemiec, po kolei poznał przyczynę drogi i ujrzał żar i pokorę, z jakimi Pielgrzym walczył o przyjęcie do Towarzystwa, gorąco pochwalił charakter i powołanie: pominąwszy już to, że i tyle zniesionych trudów, i jaśniejąca na twarzy pobożność, i słowa tchnące czymś ponad lata i ponad ludzką słabość jawnie czyniły wiarę, że młodzieńcem kieruje Duch Święty. Ukazuje mu więc dobrą nadzieję. Tymczasem jednak — czy to by dłużej doświadczyć jego cnoty, czy by wybadać, czy krewni czegoś nie poruszą — każe mu na razie w Dylindze podjąć pospolite niskie prace i pełnić służebne posługi w domu konwiktorów.

s. 25

Taka gościnność przyjęła szlachetnego gościa, taki spoczynek strudzonego wędrowca. Co, jak sądzę, nie bez osobliwego zamysłu i łaskawości Boga się stało, który swemu słudze nastręczał nową materię ćwiczenia cnoty. Bo i cóż było po tym, by tak wypróbowaną stałość jeszcze dalej badać? A dla śledzenia poruszeń krewnych mógł być czas jakiś trzymany pod mianem gościa. Bóg więc tę myśl podał Kanizjuszowi, mężowi najroztropniejszemu, a bynajmniej nie surowemu, aby wiernemu swemu robotnikowi, którego wkrótce miał udoskonalić, dał sposobność wypełnienia wielu czasów; i temu, komu przeznaczył krótką godzinę pracy, lecz zapłatę najobfitszą, zasługi i ozdoby jakby drogą na skróty przyśpieszał. Zaiste Stanisław, który już wdział był lichy strój, mając naśladować Tego, który będąc Panem wszystkich, przyjął postać sługi, gorąco się uradował, że i czynem, i sprawą Jego znakami jest ozdobiony. Tak to zwykle bywa ze szlachetnością: wszędzie się okazuje. Cokolwiek jest do spełnienia, spełnia wspaniale. Lecz w niskich posługach Stanisława nie tyle wrodzone jaśniało dostojeństwo, ile o wiele wyraźniej prawdziwy rys chrześcijańskiej, to jest Bożej szlachetności. Nie tylko niczym nie gardził, czy przy stole, czy w innych codziennych…

s. 26

…posługach usługując niższym; ale czynił to z taką starannością, gorliwością i czcią, że jawnie okazywał, iż Bogu bardziej niż ludziom służy: że nie najemną świadczy pracę ani z poniżenia nie czyni sobie drogi wzrostu, lecz jest najgorliwszym kandydatem świętej pokory. Tak się wreszcie sprawił, że wkrótce zwrócił na siebie oczy wszystkich: i nie tylko ojcom przedziwnie dowiódł swej stałości w powołaniu i wierności w posłudze, ale i wielkie wzbudził o sobie oczekiwanie, jak pisze Kanizjusz do przełożonego generalnego. Zresztą ów najsłodszy kwiatuszek należał się wdziękowi Rzymu. Tkwiła niewątpliwie w Kanizjuszu jakaś obawa, by — gdyby przyjął Stanisława, którego wiedeńczycy przyjąć nie śmieli — nie wszczęły się jakie zamieszki i cała burza nie zwaliła się na niego. I Stanisław nie czuł się bezpieczny: choć tak daleko odszedł, nie sądził przecie, że dość daleko jest od swoich — zwyczajem gorąco miłujących, którzy i bezpiecznego się boją. Nadto, nie wiedzieć jak, mniemał, że w Rzymie będzie miał większą sposobność folgowania swemu żarowi i pomnażania cnoty. Gdy to Kanizjusz z niego wydobył, uznał to za dostateczną przyczynę przeznaczenia go do Rzymu — jeszcze zanim…

s. 27

…doczekał się odpowiedzi z Miasta, jak było w zwyczaju. Gdy więc tej samej jesieni posyłał [do Rzymu] dwóch z Towarzystwa: Jakuba Levanto i Rajnera z Leodium, trzeciego im towarzysza przydał Stanisława, zalecając go Generałowi Borgiaszowi i oznajmiając, że wielkich rzeczy można się po nim spodziewać. I całą tę drogę — z Wiednia do Dylingi, z Dylingi do Rzymu, co czyni razem tysiąc dwieście mil włoskiej miary — młodzieniec przezacnego rodu, nienawykły ani do drogi, ani do żadnego cięższego trudu, odbył pieszo. Tyle sił z obfitości ducha spływało na słabość ciała! Lecz nie mogła śmiertelna ułomność przyjąć wszystkiego, co jej dawano. Toteż gdy wreszcie dotarł do Rzymu, duchem świeży i rześki, ciałem tak był umęczony i źle się mający, że przez kilka dni trzeba go było przede wszystkim pokrzepiać, nim dopuszczono go do trudów zakonnego biegu. Piątego dnia przed kalendami listopada roku tysiąc pięćset sześćdziesiątego siódmego, w dzień poświęcony świętym Apostołom Szymonowi i Judzie, pełen wesela, jakby osiągnął kres swych ślubów, wpisany został w poczet nowicjuszów. Przebywali podówczas w Rzymie [nowicjusze] i u Profesów przy kościele Najświętszej Maryi „della Strada” — gdzie teraz jest bazylika Farnezjańska — i u św. Andrzeja na…

s. 28

…Kwirynale. Ten bowiem dom, dopiero co powstający, niewielu jeszcze mieścił. Niektórych posyłano też do Kolegium Rzymskiego — oprócz tych, którzy tam, po ukończeniu pierwszego roku próby, oddawali się naukom — dla doświadczenia ich w pokornych posługach. Te trzy święte domy Towarzystwa w Mieście Stanisław rozweselił i zaszczycił swą obecnością i świętym obcowaniem. Przyjęty bowiem najpierw do domu Profesów, wnet w Kolegium Rzymskim pełnił posługę kuchenną; na koniec przeniesiony do św. Andrzeja, w tej palestrze nowych rekrutów — mającej się z czasem tak rozróść i stać się pierwszą w całym Towarzystwie — zostawił nie tylko doskonały wzór cnoty, ale i błogosławiony depozyt swego ciała, ku pociesze i zachęcie nowicjuszów wszystkich przyszłych wieków. Nad kształceniem nowicjuszów czuwał u Profesów Alfons Ruiz, na Kwirynale Juliusz Fazio, krótko przedtem odwołany do Italii z Portugalii, gdzie spędził wiele lat: obaj znani z pobożności i roztropności oraz z wielkich urzędów w Towarzystwie przedtem i potem. Zaprawdę szczęśliwy rok szedł wtedy zakonowi: mało można wskazać czasów, w których rzymski nowicjat równym plonem znakomitych wychowanków…

s. 29

…zakwitł. Był tam sławny doktor Bożej nauki Franciszek Turrianus — ten, który w Rzymie i na Soborze Trydenckim (dokąd posłał go papież Pius IV wśród swoich teologów) głośny z dysput u wielu narodów i z wydanych ksiąg, prawie sześćdziesięcioletni, z tak wielkiego mistrza teologicznej subtelności stał się najposłuszniejszym uczniem zakonnej prostoty. Był drugi Stanisław, również narodowości polskiej, ze szlachetnej rodziny Warszewickich: ten, będąc sekretarzem królewskim i pierwszym wśród kolegów na tym urzędzie, odmówiwszy biskupstwa i złożywszy inne zaszczyty kościelne, w które obfitował — ku zdumieniu zwłaszcza dworu polskiego i rzymskiego — nie tylko siebie, lecz i kilku pociągniętych z własnej rodziny oddał Towarzystwu; i on to pierwszy, skoro tylko nasz Błogosławiony umarł, żywot jego pismem utrwalił. Byli Franciszek Leonius i Hieronim Isuntia, czyli Olavius: tamten sławny znajomością prawa papieskiego, z liczby tych prawników, którzy z rozkazu papieża rewidowali Dekret Gracjana; ten — rodzony brat uczonego męża Marcina Olaviusa, bogaty i szanowany kapłan, który z miasta Vittoria przybył do Rzymu, by ducha Towarzystwa czerpać z rzymskiego źródła. Pominąwszy innych, by się nie rozwodzić…

s. 30

(do których w kilka miesięcy potem przybył Rudolf Akwawiwa, syn Jana Hieronima, księcia Atri — z owych zgoła ziemskich Aniołów, których opisałem na początku, młodzieniec, któremu na koniec dobroć Boża dała pozostałe ozdoby uświetnić i uświęcić chwalebnym wieńcem męczeństwa w Indiach) — był tam Klaudiusz Akwawiwa, dziś przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego, stryj Rudolfa, który z pokojowca papieża Piusa V, ciesząc się najwyższymi względami, przełożył nad najwyższe zaszczyty, które miał w zasięgu ręki, i nad wszystkie rzeczy śmiertelne posłuszeństwo ewangelicznemu ogołoceniu i krzyżowi. I jemu to — choć świeżemu uczniowi, lecz dojrzałemu już do nauczania — oddany został Stanisław, by go zwyczajem kształcić ćwiczeniami duchownymi. A gdy ów przy pierwszych niemal słowach o rzeczach Bożych rozpływał się we łzy, mawiał Klaudiusz, że jemu włożono raczej obowiązek przyjmowania niż dawania tych ćwiczeń. W tym odosobnieniu Stanisław odprawił u ojca Ruiza spowiedź powtórzoną od samego dzieciństwa: z niej po jego śmierci wyznał Ruiz, że dojrzał duszę najniewinniejszą, przez całe życie nigdy nie dotkniętą śmiertelną zmazą. Tymczasem Jan, ojciec Stanisława, poznawszy jego ucieczkę, najciężej bolał; lecz gdy pojął…

s. 31

…że cokolwiek by ku zamieszaniu rzeczy poruszył, próżne będzie — bo sprawa miała się toczyć w Rzymie i za papieża Piusa V — zwyczajem większości śmiertelnych, nieumiejący ani prawdziwie oceniać rzeczy, ani kochać dzieci, gniew i boleść wywarł w liście do syna, pełnym gróźb i obelg. Mówił, że lekkomyślnością chłopięcą wypalił zmazę na blasku rodu Kostków; że nieludzko i bezbożnie został opuszczony, porzucony, zdradzony; że jego syn, na kształt najlichszego żebraka włóczęga i zbieg, po całych Niemczech i Italii jest widowiskiem. Jeśli w tej chłopięcej niedorzeczności zamierza trwać, niech się strzeże kiedykolwiek zobaczyć Polskę: nigdzie nie będzie tak bezpieczny, by go stamtąd siłą nie wydobył; a zamiast złotych łańcuchów, które przedtem nosił i nosić miał, gdyby zechciał przybrać ducha godnego swego urodzenia, obciążonego żelazem wtrąci do ohydnego więzienia, gdzie nigdy nie zaczerpnie promienia światła. Gdy ten list — upewniwszy się o cnocie Stanisława — przełożeni mu oddali, czytającemu natychmiast trysnęły z oczu łzy, które miał zawsze w pogotowiu; a spytany, co się dzieje, odparł, że opłakuje nieszczęsną ślepotę swoich rodziców, którzy darów Bożych aż tak nie znają. Kazano mu potem na ów list odpowiedzieć; odpisał poważnie i pobożnie w tej mniej więcej myśli…

s. 32

…Skoro Bóg i Pan przyjął go w poczet swoich domowników, nie ma ojciec żadnej przyczyny boleści, lecz wieloraką przyczynę radości. Do niego bowiem także należy część tego dobrodziejstwa: ma syna na dworze niebieskiego Władcy — i to bez nakładów i starań, czego bynajmniej nie dostępują ci ojcowie, którzy synów umieszczają u władców przecież tak samo śmiertelnych jak oni. On sam wprawdzie niegodzien jest cokolwiek cierpieć dla miłości Boga; jeśli jednak Chrystus Jezus, który w swej łaskawości tyle za nas wycierpiał, raczyłby go tym dobrodziejstwem obdarzyć, nic milszego ani szczęśliwszego nie może go w tym życiu spotkać. Przeto co ojciec ma za groźby, to jego są życzenia. Zresztą niech wie, że on już dawno związał wiarę wiecznemu Majestatowi: że póki duch rządzi śmiertelnymi członkami, w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie będzie Mu służył. Prędzej zniesie wszystko ostateczne, nawet śmierć najsroższą, niż tę wiarę złamie. I ojcu samemu o wiele będzie zbawienniej, jeśli syna dobrowolnie odda i poleci Bogu, i wyprosi mu łaskę, by nieocenionemu darowi powołania wytrwale do końca odpowiadał, niż gdyby mu usiłował czynić trudności: to bowiem i próżne, i nadto jemu samemu szkodliwe; tamto zaś zbawienne…

s. 33

…dla obu stron. Tyle mniej więcej zdarzyło się Stanisławowi za pobytu w domu Profesów, co pamięć wyraźnie zachowała. Z czasu zaś, gdy był w Kolegium Rzymskim, dwie rzeczy szczególnie się wspomina. Pierwsza: gdy dla odwiedzenia go przybył kardynał Jan Franciszek Commendone, Stanisław — uważając, że dostatecznie jest przybrany ozdobami pokory — chciał wyjść do niego tak, jak stał, w zniszczonym ubraniu, którego używał do swej posługi; gdyby ojcowie nie uznali, że więcej trzeba zważać na dostojność osoby kardynała niż na żarliwość Stanisława. Znał Commendone z wielu poselstw odbytych po północy ród Kostków i dostatecznie jeszcze w Wiedniu przejrzał cnotę Stanisława: dlatego i ją, i szlachetność jego rodziny przy odejściu zaszczytnym świadectwem ojcom zalecił. Ale o tym, jak wielce był w cenie i u ludzi, i — co jest najważniejsze — u Boga, jaśniej przekonuje co innego. U domowników, dla znanej i stałej prawości — choć tak młodego wieku i świeżej zakonności — był we czci u wszystkich; znalazł się i taki, który ciężko strapiony na duchu, wiele przypisując jego modlitwom, prosił go, by się zań modlił do Boga. Jemu Stanisław…

s. 34

…„Pójdźmy razem — rzecze — do kościoła, przed Najświętszy Sakrament zanieśmy modlitwy i jemu się polećmy”. Idą natychmiast. Stanisław odprawia modlitwę nie tyle długą, ile żarliwą — i nagle czarna chmura trosk pierzchła: umysł towarzysza tak się wypogodził, że zaraz wyszedł ze świątyni nie tylko zgoła wolny od udręki, ale i pełen znakomitej pociechy i wesela: co po dziś dzień ów żyjący jeszcze kapłan wypróbowanej wiary, kaznodzieja zarazem, wraz ze znakomitym świadectwem o cnocie Stanisława należycie i święcie potwierdza. Na koniec, przeniesiony do św. Andrzeja, Stanisław tak we wszystkim doskonałą formę cnoty równym utrzymywał i wyrażał biegiem, że nawet zwykłe obowiązki domowej karności pełniąc, dodawał im jakiegoś niezwykłego blasku i światła. Toteż choć czynił to tylko, co i inni, zdawał się przecie więcej i pełniej niż inni świadczyć — i zaprawdę świadczył: skoro raczej na to, jak czynisz, niż co czynisz, patrzeć należy, a jakość dzieła nierzadko na samo dzieło spływa. Był więc dla wszystkich żywym wzorem wszelkich pochwał; a co dziwniejsze — mistrzowie nowicjuszów nie wahali się…

s. 35

…jawnie, póki jeszcze żył, stawiać go towarzyszom za przykład do naśladowania. Skromność jego twarzy, oczu, chodu i wszystkich poruszeń, oszczędność w mówieniu, rozważanie słów — były największe. W owym niebiańskim wyrazie oblicza tak jaśniała barwa najczystszej duszy i tak świeciło światło najczystszej niewinności, że patrzącym niejako tchnął miłość wszystkich cnót, a osobliwie czystości. Nigdy byś go nie ujrzał smutnym ani posępnym: zawsze ochoczy, słodki, z twarzą wielce skromną i miłą. Wiek bowiem kwitnący dawała mu nie tyle młodość, ile duch radosny, karmiony rozkoszami błogosławionego życia, źródło wszelkiego dobra nie z przerwami kosztujący, lecz — ile śmiertelność znosiła — ustawicznie pijący; owszem, lgnący do niego wytrwałej nawet, niż śmiertelność znosiła. Pilnie czuwali przełożeni, by porwany zbytnim zapędem ducha, nie porzucił przedwcześnie śmiertelnego naczynia, bynajmniej równą mocą nie obdarzonego. Zresztą tak już własnym skłaniał się ruchem i spoczywał w Bogu, że życie jego prawdziwie można było nazwać nie tylko ustawiczną modlitwą, ale i kontemplacją: zwłaszcza dla znamienitego daru, którym Bożą obecność wszędzie ostrzem umysłu oglądał.

s. 36

Juliusz Fazio zaświadcza, że — ile sam mógł dostrzec — zauważył, iż Stanisław nie podlegał żadnym roztargnieniom umysłu w czasie modlitwy i rozmyślania. Bo i dokądże miałby się błąkać ten, kto już cały i do głębi zanurzył się w niezmierzony Ocean Boskości — skąd, gdziekolwiek by się obrócił, nigdy by się nie wynurzył? Jego nawet ciało nauczyło się już ulegać zapałom duszy, tak iż mógł wyznać z królewskim Psalmistą: „Pragnęła Ciebie dusza moja; jak wielorako tęskniło za Tobą ciało moje. Serce moje i ciało moje rozradowały się w Bogu żywym”. Pewne jest, że i ciało — z nadmiaru ducha — takim pożarem miłości Bożej zwykło się rozpalać i tak wrzeć, że trzeba było przykładać do piersi chusty maczane w zimnej wodzie dla ochłodzenia serca. Wobec Najświętszej Rodzicielki Boga przybrał już zgoła ducha syna: swoją Matką zwykł Ją nazywać w każdej rozmowie; a czynił to z takim uczuciem i tak szczerą prostotą, że słuchającym udzielał cząstki swej słodyczy. Wielu to zauważyło, a przed innymi Emanuel Sa, teolog między pierwszymi uczony i głosiciel…

s. 37

…Ewangelii, mąż najlepszy: ten, gdy raz, prowadząc go z sobą do bazyliki Matki Bożej Śnieżnej, zapytał, czy miłuje Najświętszą Dziewicę, on z jakimś pokornym wyrazem i najsłodszymi usty odrzekł: „O co pytasz, Ojcze? Wszak to Matka moja”. A tym głosem, w taki sposób i z takim uczuciem wyrzeczonym, wielce poruszony Emanuel, gdy potem opowiadał to ojcu generałowi, mówił, że zgoła nie zdał mu się to głos człowieka. Nadto, gdy Stanisław bardzo często mówił o owej najdostojniejszej Królowej śmiertelnych i nieśmiertelnych, wynajdywał wciąż nowe i najwspanialsze imiona, którymi by Ją nazywał, i najwyższe stopnie, na których by Ją stawiał: i widać było, że ciężko mu, iż słowami nie zdoła wyrównać znakomitości swego pojęcia o Niej, ani znaleźć nic wznioślejszego, gdzie by Ją umieścił. Pozdrowieniem anielskim, świętym różańcem i innymi zwyczajowymi modlitwami i psalmami na chwałę Dziewicy najsłodzej się radował. A gdy — jak najczęściej było wolno — zajmował się pełnieniem tych nabożeństw, ojcowie spostrzegali, że i pełni je z jakimś wdziękiem oblicza i nadzwyczajną łaską: zgoła jakby mu od pełnej łaski Królowej, której chwale służył…

s. 38

…ponad zwyczaj była udzielona. Jest nawet ktoś, kto należycie potwierdza, że niezwykłym blaskiem z nieba jaśniejące oblicze Stanisława nie raz widział — nie rzadki to znak u domowników Ojca światłości. Wśród tych słodkich zajęć błogosławionej ojczyzny, z niemniejszą wolą ani mniejszym staraniem pełnił trudy właściwe temu wygnaniu: młodzieniaszek tej świętości i niewinności nie kładł żadnego kresu umartwianiu najczystszych członków i ciała duchowi najposłuszniejszego. Nie było nic, przed czym by się wzdrygało owo wzniosłe serce; nic nie miał za trudne, nic za przechodzące jego siły — okazując moc apostolskiego słowa: „Miłość wszystkiego się spodziewa, wszystko wytrzyma”. Jakie tylko widział u poszczególnych [braci] rodzaje prac, wzgardzonych posług i dobrowolnie podjętych umartwień, te wszystkie sam nienasyconym głodem i niezmierzonym duchem pożądał: a w najpokorniejszych i najbardziej wzgardzonych posługach najwięcej radował się i triumfował. Niech jednak nikt nie podejrzewa — jako że do wielkich porywów i szlachetnych zapałów zwykł się niekiedy mieszać podstęp diabła przemieniającego się w anioła światłości — by w tym była jakaś lekkomyślność albo jakie igraszki czarta…

s. 39

…przymieszane. Posłuszeństwo — wierny znak i cecha prawdziwej cnoty, najpewniejszy przeciw szyderstwom szatana szaniec — wszystko sprawdzało i miarkowało. I chociaż nawet mężowie zakonni od swego zdania — w rzeczach, które nęcą pozorem dobra — często najniechętniej odstępują, Stanisław przedziwną dbałością do praw zakonu i skinienia przełożonych wszędzie się urabiał. Dlatego mnie, gdy patrzę na cały bieg jego życia i porównuję początki ze środkiem, a te z końcem, niewątpliwie się zdaje, że zawsze był prowadzony przez Ducha Bożego jakby za rękę. Płynących zaś darów, które odtąd jedne na drugie coraz obficiej z nieba były nań gromadzone, jakby źródłem i nasieniem była najskuteczniejsza i najobfitsza łaska powołania zakonnego, dana mu od początku. A gdy tej łasce Stanisław okazywał się jak najwdzięczniejszy i jak najposłuszniejszy, przez to owa hojna i błogosławiona rzeka Bożej dobroci — wracając, jak się godzi, do swej głowy i źródła — nieustanną wymianą stamtąd znów wypływała, by nawadniać i użyźniać rolę znakomicie uprawioną i pielęgnowaną przez wiernego i pilnego sługę, i wracała z wielokrotnym przyrostem plonu.

s. 40

Jak skuteczne i obfite było Boże powołanie i jak wiernie on sam mu odpowiedział, widać nie z różnych, lecz z tych samych zgoła dowodów. Niech się zważy długotrwałą stałość i straż postanowienia wśród udręki i zepsucia domowego; ustawiczną i rozmaitą wytrwałość w dopraszaniu się Towarzystwa; potem złożenie ślubu; na koniec — że nie tylko rodziców i obfite dziedzictwo, rozkosze i dostatki śmiertelne poniechał, ale wszedł nawet w sam przystęp niebezpieczeństw i niewygód: gdy jako skąpy kupiec świętego ubóstwa tyle ziem przemierzył, uciekając od bogactw, dysząc ku ogołoceniu — ile ich chciwi śmiertelni obiegają z nienawiści do ubóstwa i z żądzy złota; a o wiele goręcej, niż inni śpieszą ku uciechom życia albo ku zaszczytom, on z miękkiego i świetnego łona wygód i szlachectwa przeszedł w surowy i twardy uścisk pokory i niedostatków — i czego tam jeszcze ma zakonna surowość przeciwnego życzeniom świata. Gdy zaś dotknął świętego Miasta i przyjęty został do domu — jakby posiadł skarb tak wielkim trudem szukany — nigdy nie mógł się nasycić radością. A że z obfitości serca usta mówią, przeważna część jego rozmów bywała o dobrodziejstwie zakonnego…

s. 41

…powołania, i prawie nigdy bez wspaniałości myśli, dostojności słów i obfitych łez. A co właściwe jest dążącym do rzeczy najwyższych i doskonałych: takie rzeczy czyniąc i uczyniwszy, oskarżał się i bolał, jakby tak nieporównanemu darowi był niewdzięczny. Chciałby, aby cały rodzaj śmiertelnych stał się uczestnikiem tak wielkiego dobra, a imiennie jego bliscy, powinowaci, rodzice — od których zresztą tak oderwał troskę, że z przykrością znosił wzmiankę o nich, zwłaszcza gdy wspominano bogactwa, szlachectwo albo cokolwiek, skąd mogłoby nań spłynąć poważanie. Dalej — ustawy Towarzystwa tak wysoko cenił i tak mu się zdawały dopasowane i zgodne z nim, że nic nadto. Poznałbyś, że do nich się urodził i został stworzony. I czyny nie odbiegały od przekonania. Do nich, jak dopiero co wspomniałem, chciał przykładać swoje osobiste ćwiczenia pobożności. Wszystkich praw i domowej karności był najściślejszym stróżem; osobliwej ochoczości w posłuszeństwie przełożonym, nie gardząc niczym, choćby się zdawało najdrobniejsze: rozkazy pojmował nie naginając ich rozmaitym tłumaczeniem do swojej myśli, lecz z prostotą i najwyższą wiernością — tą mianowicie, jaką święci mężowie…

s. 42

…opisują jako doskonałość prawdziwego posłusznego, który nie na to patrzy, ile i jakie jest to, co nakazane, lecz samym rozkazem jest kontent. I tak, posłany raz z Klaudiuszem Akwawiwą po drewno do kuchni, gdy Klaudiusz, folgując swej gorliwości, coraz to dokłada i piętrzy brzemię — Stanisław, ponieważ kucharz wymienił był pewną liczbę polan, które mieli nosić za każdym razem, począł ujmować i oświadczył, że tej liczby nie przekroczy: tak iż towarzysz, którego skądinąd czcił jak mistrza, musiał swój zapał dostosować do jego posłuszeństwa. Gdy te i tym podobne rzeczy jawnie widzieli wszyscy, to jednak Juliusz Fazio i Ruiz — którzy jako wychowawcy i spowiednicy przetrząsali także najskrytsze tajniki jego duszy i oglądali niezmierzone złożone w nim skarby nieba — widzieli o wiele jaśniej; i po jego śmierci wyznali, że nie można było dostrzec w nim winy. A osobno o posłuszeństwie zostawił Fazio na piśmie, że w Stanisławie — jak mu się zdało — wstąpiło ono na najwyższy stopień, na jaki wśród śmiertelnych wstąpić może: nic mu nigdy nie zadano trudnego, do żadnej rzeczy nie znaleziono go opieszałym ani ociągającym się; z której przyczyny żartobliwie go nieraz…

s. 43

…nazywał wszechmogącym. Gdy zaś raz — by służyć zdrowiu — trzeba było miarkować jego ustawicznie wytężoną ku Bogu myśl i z tej przyczyny kazano mu skrócić czas modlitwy, zrazu wprawdzie zdał się tym nieco dotknięty: lecz zniósł to tak spokojnie i tak posłusznie zdał się na wolę rektora, że błogosławiony spokój jego duszy w niczym się nie zachwiał. Co jest znakomitym dowodem pokory i — jak zacząłem mówić — znamieniem cnoty nieskażonej. Zwykle bowiem im bardziej kto napełniony bywa jakąś słodyczą w modlitwie i innych dziełach pobożności, tym trudniej — znęcony tą słodkością — daje się urobić do wspólnej normy i skinienia przełożonego. Te Boże pochwały Stanisława zdobiły także same dary natury. Bo tak wielka ochoczość w posłuszeństwie nie rodziła się z tępości ani z jakiejś gnuśnej miękkości umysłu, lecz z pewnego przekonania duszy i z prawego ducha, który mu przypadł w udziale. Był bowiem umysłu żywego i przenikliwego, a dojrzałością rady i roztropnością celował daleko ponad wiek. Wśród jego książeczek po śmierci znaleziono podobno jedną, w której, gdy pilnie zapisał uczucia swej duszy…

s. 44

…i światła z nieba mu użyczone, znać było ślady mądrości — jak mówią — zaiste znakomitej. Gdybym był dostał ów zeszyt, nie pozwoliłbym, by czytelnik tęsknił tu za próbką tych rzeczy. Szczególnie zaś jaśniała w nim pewna najszczęśliwsza biegłość w prowadzeniu poufałych rozmów i — ilekroć osuwały się ku rzeczom pospolitym — w nawracaniu ich ku pobożnym przedmiotom: gdy najtrafniej wplatał przykłady z żywotów świętych, które opowiadał z takim przejęciem i duchem, jakby sam na te sprawy patrzył albo sam ich dokonał. A czyniąc to, nic sobie stąd nie przypisywał ani nie ujmował u siebie z cudzego poważania; lecz z przedziwnym dla wszystkich uszanowaniem mawiał, że obraca się jakby w gronie Aniołów, siebie zwał niegodnym takiego towarzystwa; a starając się od każdego skorzystać z tego, co w kim widział z osobna, sądził, że wszystko winien innym. Z tego wszystkiego jasno widać, jak szeroką rzeką wlana weń została łaska Bożego powołania do Towarzystwa, jak wiernie sam powierzonymi talentami obracał i jak pewnym wreszcie znamieniem naznaczone są cnoty jego życia.

s. 45

Tym wysiłkiem i rozpędem szczęśliwy, rączy biegacz, w przekrótkim czasie przemierzywszy najdłuższy dystans cnoty, pochwycił przeznaczoną nagrodę. W dziesiątym miesiącu od wstąpienia do Towarzystwa, w noc Wniebowzięcia Bogurodzicy, poszedł za swoją Patronką i Matką: gdy właśnie dobiegał roku czas, odkąd chwalebną ucieczką opuścił Wiedeń. Bo choć pewny dzień wyjścia nie jest przekazany, to jednak skoro listy wiedeńskie z kalend wrześniowych mówią o niej jako o rzeczy najświeższej, nie można jej cofać wiele dni wstecz. Samo zaś przejście z tego życia miało dwie rzeczy osobliwe. Najpierw: uznano, że nastąpiło nie z przyczyny naturalnej, lecz z nadzwyczajnego rozkazu Bożego. Po wtóre: Stanisław je i przeczuł, i przepowiedział — ba, jest domysł, że je sobie wyprosił. Zbliżał się dzień święty Wawrzyńca, który to sławny męczennik, zwyczajem naszego Towarzystwa, w miesięcznym losowaniu przypadł był Stanisławowi za patrona. Pragnąc więc jak najuroczyściej obchodzić ten dzień — jakby na przygotowanie drogocennej, wzorzystej szaty — dzień wcześniej nalegał u rektora, by mu wolno było podjąć wiele rzeczy pobożnych w skutku, a twardych w znoszeniu: z których pozwolono na kilka najlżejszych; między innymi…

s. 46

…na to, by publicznie w refektarzu się biczował. Zaraz w sam dzień świąteczny, po odprawieniu należnym nabożeństw, cały ranny czas przesłużył jako pomocnik kucharza, świętym zajęciem pokory i miłości święcąc świąteczny wypoczynek dnia: takie to wczasy są Błogosławionym najmilsze. Po obiedzie, zapytany publicznie przez mistrza nowicjuszów, co tymczasem rozważał w myśli, odrzekł: z obecności ognia przyszedł mu na myśl ogień piekielny, na który — mówił — zasłużył, i ogień, w którym pieczony był święty Wawrzyniec. Nieco później zaczyna się źle czuć i każą mu się położyć. Było to lekkie poruszenie, nie gorączka ani nic godnego troski; jednak Stanisław, mając wstąpić do łóżeczka, gdy nad nim, błogosławiąc, nakreślił ręką zbawienny znak krzyża, ze zwykłą swą pogodą dodał: jeśli Bogu miłe, abym stąd już nigdy nie wstał — niech się dzieje Jego wola. Wnet chwyta go gorączka — jakby stał się uczestnikiem płomieni swego patrona Wawrzyńca. Zresztą gorączka była bardzo lekka, trzeciaczka; za trzecim jej przystąpieniem nastąpiła śmierć. Gdy więc na dwa dni przed zgonem przenoszono go do izby na wyższym piętrze, po złożeniu dziękczynienia Bogu i Towarzystwu za opiekę, jakiej doznawał, oświadczając…

s. 47

…że tam umrze, wzbudził pewne zdziwienie u obecnych: dodał więc — jeśli wszakże Bogu tak się spodoba. Ale nazajutrz, gdy twierdził, że tej właśnie nocy umrze, bracia przyjęli to niby żartem: że to wcale niepodobne do prawdy — chyba żeby Królowa nieba, której Wniebowzięcia święty dzień nadchodził, zabrała go ze sobą. Po południu, ogarnięty omdleniem i zimnym potem, gdy ojciec Fazio powtarzał zwyczajem, że to nic, wyraźnie oświadczył, że nadchodzi już niewątpliwie zamknięcie jego śmiertelnego życia. I uwierzono wreszcie — tak dla stanowczości słów, jak dlatego, że siły zaczęły nagle gwałtownie opadać i słabnąć. Potem nalegał, aby pozwolono mu na ziemi, powalonemu, wyzionąć ostatniego ducha. Gdy rektor zrazu odmówił, na powtórne nalegania — uznawszy, że po części trzeba ustąpić — zezwolił na tyle, by rozesłano mu na ziemi materac. Tak leżąc na ziemi, przyjął Najświętsze Tajemnice, ku wielkiej pociesze swojej i otaczających; na modlitwy, które odmawiano, odpowiadając uważnie i pobożnie. Lecz to było widowisko braciom nader miłe: wszyscy zauważyli, że skoro tylko w izbie ukazało się Najświętsze Ciało Pańskie — jakby dusza rwała się na widok swego Umiłowanego…

s. 48

…jakąś najsłodszą pogodą i piękniejszym niż zwykle kwiatem wesela rozjaśniło się jego dziewicze oblicze. Po czym, zwróciwszy się do rektora: „Czas krótki jest” — rzecze; a gdy ojciec dopowiedział owo Apostoła: „pozostaje” — sam dołożył: „abyśmy się przygotowali”. I jakby na nowo gotując się na ową chwilę, rozstrzygającą o wieczności, dwakroć oczyścił duszę spowiedzią i począł prosić braci o przebaczenie, że dawał im mniej dobre przykłady — tak z serca, jakby naprawdę dawał był przykłady nie najlepsze. Zresztą im krótsze zostawało używanie życia, tym usilniej je zaprzątał. Odmówiwszy nadto wiele modlitw ułożonych przez świętych mężów, owej chwili właściwych, prosi o święty wizerunek Ukrzyżowanego; podany zaraz trzymał w ręku i najmiłościwiej weń się wpatrując, usty — jak zawsze — najweselszymi, nawiązał z głębi serca rozmowę pełną pobożności: dziękując najłaskawszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa — że go stworzył, że własną krwią odkupił, że do zakonu powołał — i inne tego rodzaju; prosząc o odpuszczenie grzechów i ducha swego w Jego ręce polecając. Potem, począwszy od stóp, po kolei…

s. 49

…święte rany z najgłębszym uczuciem ucałowywał; z podobnym uczuciem objął i ucałował podany mu obraz Najświętszej Dziewicy, swej Matki, którym za zdrowia się posługiwał. Następnie, zwróciwszy się ku innym mieszkańcom nieba — bo nadchodził czas, gdy patronatów najbardziej szukać i wzywać należy — chciał, by mu odczytano imiona jego Patronów spośród błogosławionych mieszkańców nieba, które wraz z tymi, co mu w Towarzystwie na poszczególne miesiące losem przypadali, po kolei wpisał był do książeczki. Na koniec, zapytany zwyczajem, czy co przykrego nie zalega w duszy, odrzekł: „Nic”; a znowu — czy gotów iść za wołającym go Bogiem, najradośniej odpowiedział: „Gotowe serce moje, Boże, gotowe serce moje”. I tak, świętym już namaszczony olejem, w jednej ręce trzymając różaniec i ziarnka odpustowe, w drugiej święconą gromnicę, wśród powtarzanych najświętszych imion JEZUSA i Maryi począł żyć Bogu: i tak łagodnie owa szczęśliwa dusza odłączyła się od swego ciałka, które miało za najwierniejszego towarzysza i sługę, że zostawiła mu tak żywą barwę i oczy tak dalece jasne, iż odejście zmyliło obecnych; i pozostała odtąd na obliczu przepiękna…

s. 50

…postać zmarłego, jakby łagodnie i słodko się uśmiechającego. Jest ktoś, kto zaświadcza, że słyszał w owym czasie, gdy publicznie kazano, iż umierającemu słudze ukazała się Najświętsza Dziewica. To na pewno wielu zauważyło: gdy już był tuż przed odejściem i oczy — jakby słodkim snem spoczywając — miał spokojnie przymknięte, widziano niekiedy na twarzy nagle pogodniejszej, przy wesołym poruszeniu oczu i słodkim drgnieniu warg jakby w półuśmiechu, znaki jakiejś najsłodszej rozkoszy, którą dusza nawet w owym najstraszliwszym zmaganiu się napawała: skąd powstawał domysł, że stawia mu się przed oczy jakieś wspaniałe widzenie rzeczy Bożych. Juliusz Fazio przekazuje, że odszedł o trzeciej godzinie po północy; to samo daje do zrozumienia Warszewicki, gdy pisze, że oddał ducha Panu prawie o tej samej godzinie, o której — jak piszą — Pan i Zbawiciel nasz zstąpił z Aniołami z nieba na przyjęcie najchwalebniejszej Dziewicy, Matki swojej. Także w księdze, w której przechowuje się u św. Andrzeja pamięć zmarłych, przejście Stanisława zapisane jest pod dniem piętnastym sierpnia. Co sprawia, że uważam to za pewniejsze niż to…

s. 51

…co podali niektórzy, jakoby odszedł o trzeciej godzinie nocy. I ów czas, i choroba — ani długa, ani ciężka, ani zdaniem lekarzy niebezpieczna — nadto łatwość, z jaką rozwiązało się spojenie młodzieńca najlepiej zbudowanego i w pełni sił, słusznie przekonały, że temu najsłodszemu kwiatuszkowi nie brakło dojrzałości owocu: i że nie zachłanność władczej śmierci go przedwcześnie uszczknęła, lecz że nadzwyczajnym zrządzeniem został zebrany łagodną ręką Dawcy życia. Tej samej nocy jednemu z towarzyszów w domu Profesów — który postanowił o pierwszym brzasku odwiedzić Stanisława — ukazał się w półśnie inny brat, który przestrzegł, że próżno pójdzie odwiedzać chorego: Stanisław jest już w niebie. Gdy ten się dziwił, tamten powtórnie potwierdził: już Stanisław jest w niebie — i oznajmił godzinę, o której, rozwiązany z więzów ciała, uleciał. Poruszony tym oznajmieniem towarzysz, głęboko wrażone w myśl zachowując, skoro o pierwszym świcie wstał, niektórym w domu opowiedział bieg widzenia i z drżeniem ruszył w drogę; a znalazłszy najukochańszego towarzysza zmarłym i poznawszy godzinę zgonu — tę, którą mu przepowiedziano — pełen…

s. 52

…podziwu i tam to opowiedział. Zarazem i to zauważono: choć Stanisław z wielu przyczyn słusznie był wszystkim jedynie drogi i wielkiej nadziei, to jednak — zupełnie jakby nie tylko pewni byli jego błogosławionego życia, lecz jakby on sam spuszczał na nich krople z potoku rozlewającej się Bożej rozkoszy — wszyscy z wielką radością znieśli gorycz tej straty; o to jedno się ubiegając, by co z niewielu rzeczy, które świętemu bratu służyły, wyprosić na przechowanie jako święte zadatki. Rozgłoszona wieść o śmierci — i to tak odbytej — ściągnęła na pogrzeb ogromną liczbę towarzyszów z Kolegium i domu Profesów, z takim poruszeniem, że podziwiając ten napływ i imię świętości Franciszek Toledo — który potem był kardynałem, a wówczas z wielkim imieniem wykładał teologię w Kolegium Rzymskim — miał powiedzieć: „Oto umarł polski młodzieniaszek, a wszyscy śpieszą do jego ciała. Cóż się będzie działo z nami, gdy padniemy w starości?” — czyniąc, jak się zdaje, przymówkę do tego, co święty AUGUSTYN powiedział, poznawszy żywot Antoniego Wielkiego i nagłe z jego czytania nawrócenie dwóch ludzi.

s. 53

I nie tylko uroczyście odprawiono pogrzeb: nadto i inni, i najpierwsi ojcowie Towarzystwa stopy zmarłego jak święte relikwie pobożnie ucałowali. I utkwiło w duszach wszystkich tak słodkie uczucie z podziwu nad Bożą łaskawością, która takie rzeczy czyni w swych sługach, że siedzącym u stołu same płynęły łzy, a owa myśl porywająca gasiła pamięć o posilaniu przyrodzenia. Wreszcie — z jak osobliwą opinią świętości zszedł Stanisław, dwie rzeczy nade wszystko świadczą. Pierwsza: że młodzieniaszka i nowicjusza, wbrew zwyczajowi Towarzystwa, złożono w drewnianej trumience, aby — jak słuszna było — zachowała święte owe szczątki oddzielone ku czci potomności. A nie zbłądzono, bo nie było przyczyny wahania: albowiem w nowym kościele św. Andrzeja — jakby dla poświęcenia ziemi, w którą potem inni mieli być kładzeni, i jakby kamień drogocenny kładziono w fundamenty — pierwsze pogrzebane zostało to niepokalane ciało: które przez wiele lat, nie bez szczególnej opieki Bożej, przetrwało całe i nieskażone, jak gdyby i wtedy ożywiała je moc zachowanego niegdyś dziewictwa. Druga: że i śmierć, i życie takim się okazały, iż uzna-…

s. 54

…li ojcowie, że o wszystkim natychmiast należy powiadomić całe Towarzystwo osobnym listem — co też wyraźnie uczynili. Nieco obszerniej to samo napisał do Portugalii Juliusz Fazio, z największym — jak widać — staraniem, jako ten, który bogactwa tej najmilszej niebu duszy znał od wewnątrz. Wkrótce inni sławili to samo prozą i wierszem. W Polsce zwłaszcza zaczęto go czcić od razu jak Błogosławionego: i wielu z tego królestwa wyznaje, że imieniem świętości Stanisława przywiedzeni, wstąpili do Towarzystwa. Nadto malowany jego wizerunek umieszczony został w katedrze [na zamku] krakowskim między Patronami królestwa. Tenże z tytułem Błogosławionego znacznie później odbito w Rzymie drukiem za powagą publiczną i rozpowszechniono w roku tysiąc sześćsetnym. W trzy lata potem Klemens VIII, papież, w pewnym dyplomie nazwał go Błogosławionym; a na dzień rocznicy jego śmierci nadał — na prośbę Fabiana Konopackiego, pokojowca papieskiego, spokrewnionego z błogosławionym Stanisławem — odpust dziesięciu lat i tyluż kwadragen nawiedzającym kaplicę Matki Bożej wystawioną w jego ojczyźnie, w roku tysiąc sześćset czwartym. Na koniec Paweł V — którym jako najwyższym Pasterzem cieszą się teraz narody chrześcijańskie…

s. 55

…gdy Aleksander Peretti, kardynał Montalto, protektor narodu polskiego, i Andrzej Opaliński — teraz biskup poznański, wówczas prepozyt płocki i zarazem królewski poseł do papieża — prosili, odesłał był sprawę do rady przełożonych świętych obrzędów; potem, na ponowne nalegania Eleonory Orsini, małżonki Aleksandra księcia Sforzy, aby w kościele św. Andrzeja publicznie ku czci wystawiono wizerunek Błogosławionego z zapaloną lampą i tablicami wotywnymi — zezwolił w roku tysiąc sześćset piątym, w wigilię Wniebowzięcia Dziewicy i rocznicy Stanisława. Wizerunek ten zaraz przez Andrzeja, posła królewskiego, z mnóstwem pochodni uroczyście wystawiono; a gdy nazajutrz kościół śpiesznie obito jedwabnymi oponami — co w tak krótkim czasie dało się z uroczystości uczynić — Polacy, wśród których gorliwość posła celowała, bynajmniej nie kontenci ową doraźną oznaką, ósmego dnia wznowili uroczystość godną swojej wspaniałości. W tym dniu — gdy ściany od stropu do ziemi jaśniały adamaszkową, złotem tkaną szatą, gdy przybrano do śpiewu i muzyki najznakomitszych w całym mieście mistrzów, gdy obecny był poseł i kwiat polskiej szlachty, i wielki napływ innych — Mszę celebrował Paweł, biskup Isernii…

s. 56

…a nieszporne modlitwy odprawiono z wielką okazałością. Przybyła wnet ozdoba znakomita — tak z dzieł rzeźbiarskich wokół wizerunku Błogosławionego, jak ze złoconych krat wokół świętych kości, z drogocennej zasłony, wiszących srebrnych lamp i innej oprawy — kunsztem i nakładem świetna, hojnością Eleonory Orsini, a przede wszystkim Polaków: którzy przysłali także kilka złotych łańcuchów wielkiej ceny, prawie nowy rodzaj ozdoby: Bóg mianowicie hojniejsze rzeczy oddawał prochom Stanisława, niż te, które ojciec za życia niemądrze mu wyrzucał jako odrzucone. I rośnie z każdym dniem liczba czczących święty obraz i relikwie: a przyjętego sobie w Polsce, Rzymie i indziej Młodzieniaszka ta sama łaska Boża, która zaczęła od początku, dalej prowadząc, wsławia cudami, ku dobru dusz i ciał tych, którzy uciekają się do jego wstawiennictwa. Wielu z najcięższych szturmów szatańskich jego pomocą zostało wyrwanych; inni otrzymali upragnione cnoty, inni w chorobach i innych ludzkich niedolach doznali skutecznej pomocy; przez jego wzywanie wypędzano czartów z opętanych ciał. Wreszcie on sam przedziwnym sposobem wielu się ukazał na świadectwo swego…

s. 57 (zakończenie dzieła)

…błogosławionego życia. O tych przedziwnych dziełach — po należytym zaprzysiężeniu świadków — sporządzono akta publiczne; a opowieść kiedyś pełniejsza, jak żądają tego życzenia pobożnych, będzie ogłoszona światu. KONIEC. Na chwałę Boga Najlepszego, Największego.

Karta końcowaOprawa egzemplarza kórnickiego.

pusta karta (verso karty końcowej)

[Karta pusta.]

okładka egzemplarza

[Okładka egzemplarza z naklejką: „Bibljoteka Kórnicka — 1488”.]

Skąd to jest

Dzieło
Vita B. Stanislai Kostkae Poloni e Societate Iesu
Autor
Franciszek Sacchini SI
Wydanie
Ingolstadt, u Adama Sartoriusa, 1609
Egzemplarz
Biblioteka Kórnicka, sygn. 1488
Fotografie
ks. dr Andrzej Lubowicki, Asystent Generalny KSM, sierpień 2026

Zasady wydania. Pisownia łacińska za oryginałem (długie „ſ" oddane jako „s"); końcówki wierszy zasłonięte na fotografiach uzupełniono w nawiasach kwadratowych wedle sensu; lekcje niepewne oznaczono [?]. Przekład dąży do wierności przy zachowaniu toku polszczyzny; przed użyciem naukowym zalecana kolacja z egzemplarzem.

Pobierz album w całości (PDF) →